PROPAGANDA

I JEJ WROGOWIE

 

www.rzeczprawa.eco.pl

strona główna

 

 

zobacz także :

ROBERT KACZMAREK wg SB

Donosy : TW Tomek (Lesław Maleszka)

i TW „Monika” (Henryk Karkosza)

 

 

 

 

 

DZIENNIK POLSKI

SOBOTA     20 CZERWCA 2009

 

Kraków

przed

Sierpniem

 

 

ROBERT KACZMAREK

 

AGH-owska uwertura

 

 

Wiosną 1980 roku kierownictwo bardzo jak na te czasy niezależnego Związku Nauczycielstwa Polskiego w Akademii Górniczo-Hutniczej ujawniło mi plan wyprowadzenia Związku Nauczycielstwa Polskiego z pionu komunistycznej centrali związków zawodowych CRZZ. W tym czasie ruch w związkach zawodowych środowiska nauki trwał już był od paru miesięcy i zdaniem prezesa uczelnianej organizacji, Antoniego Łopaty, przyszedł czas na otwarty zamach stanu. Miał się on dokonać we wrześniu 1980 roku na zjeździe ZNP przez przyjęcie demokratycznego i niezależnego statutu i wybranie nowych władz. Obiecałem montowanie poparcia moimi kanałami, co zadawalało spiskowców, bo przynosiłem im opozycyjną sankcję dyskretnie i bez własnych żądań osobowych czy programowych.

   

           Chodziło o trudny mariaż inicjatywy umiarkowanych reformatorów z jawną opozycją. Przy wyraźnej sympatii, jaką reformatorzy okazywali mi prywatnie, trudno było ignorować ambaras, w jaki wprawiał ich status jawnego wroga ustroju. Bez trudu jednak dostosowaliśmy się do sytuacji. ZNP-owcy nie opowiadali mi o własnych postępach, a ja nie wykazywałem nadmiernej ciekawości; chodziło tylko o to, by na wrześniowym zjeździe spotkali się ludzie świadomi celu, a dalej już będą sobie radzić sami. Z Antkiem Łopatą, przewidywanym na prezesa nowego Związku, spotykaliśmy się ze w jego samochodzie zaparkowanym przy ulicy Czarnowiejskiej, z dala od korytarzy uczelni. Do Rady Zakładowej przychodziłem tylko po formularze związkowe, jakie wypełniałem sam i jakimi wymachiwałem na obcych uczelniach, jeśli nie miałem tam znajomych konspiratorów. Była to dość kłopotliwa robota, wiernie towarzysząca przygotowaniom kolegów z AGH-owskiej Rady.

 

    W połowie sierpnia 1980 roku przyjechałem do Kuronia, który mnie nakarmił i cierpliwie wysłuchał moich życzeń. „Daj mi namiary na "naszych" uczonych i nauczycieli akademickich w Warszawie”, mówiłem, „za miesiąc spróbujemy wyjąć pion uczelni z komunistycznej centrali związków zawodowych i wybrać demokratyczny zarząd. Mam już ludzi w Krakowie, Wrocławiu i Poznaniu, dasz  mi paru od ciebie, rozglądniemy się po Warszawie, potem jadę do Gwiazdy i do Rybickich w Gdańsku. Został już tylko miesiąc, a na dodatek wakacje, potrzebuję sprawnych ludzi”.

 

    W tym momencie Kuroń, który najwyraźniej przebywał w innych rejonach, zorientował się w sytuacji i przerwał mi: „Robbi, nie trać czasu, jedź z  mety do Gdańska, tam chyba rodzi się coś nowego”.

 

    Nie wiedziałem, o co chodzi. Byłem oczywiście świadom gorącego lata 1980, ale od dwóch miesięcy jeździłem po kraju w sprawie zamachu na ZNP, od kontaktu do kontaktu, od zmyły do zmyły (zmylenie śledzących cię esbeków), od pociągu do pociągu - i nie bardzo się orientowałem w szczegółach rozproszonych strajków, które  niezmiennie kończyły się przyznaniem dodatków do pensji. Tymczasem w Gdańsku sytuacja rozwinęła się inaczej, bo stoczniowcy mieli za sobą sprawne i świadome politycznych celów środowiska Wolnych Związków Zawodowych i Ruchu Młodej Polski, które potrafiły skanalizować robotnicze protesty w zorganizowaną akcję polityczną. Rychło wsparło ją warszawskie środowisko KOR-u, naprowadzając wysłanników załóg fabrycznych z głębi kraju na tropy wykraczające poza samą podwyżkę: zgłaszajcie postulaty, róbcie listy żądań, nie zostawiajcie na lodzie innych strajkujących załóg, solidarnie! Tej atmosfery nie znałem i wszystko miałem jeszcze przed sobą, odkrycie innego świata, innej Polski na Wybrzeżu. Wyszedłszy w Gdańsku z pociągu, pracowicie gubiłem ogon  przez pół dnia, po czym dotarłem do swoich i nawijam: „ZNP, niezależny związek szkół wyższych... Jakie  ZNP”, bracie. Tu jest wolna Polska.

 

Bez zwłoki wyhamowałem wszelkie manewry nad nowym ZNP i osiadłem w Stoczni,  zupełnie sam z naszego miasta, bo najruchliwsi z opozycji krakowskiej stopniowo trafili do pudła, a zakłady pracy nie były jeszcze gotowe.

 

(…)

 

Tymczasem w Związku Nauczycielstwa Polskiego wszystko przebiegło zgodnie z planem. Odtąd na uczelniach mieliśmy pluralizm związkowy, z silnie większościową i wszechpotężną „Solidarnością” i szukającym swej drogi niezależnym ZNP. W ogólnopolskim pionie Nauka przewodził mu trzeźwy wizjoner i dobry organizator Antek Łopata, u samej mety swego racjonalnego zaangażowania nagle wyprzedzony przez Historię.

 

Całość artykułu :

http://www.dziennikpolski24.pl/Artykul.100+M593be0aa767.0.html